LULU

Spektakl na podstawie skandalizującego, wielokrotnie cenzurowanego tekstu Franka Wedekinda. Pierwotny, pięcioaktowy tekst do 1988 roku przeleżał w sejfie spadkobierców pisarza, który napotykał opór wydawców i dyrektorów teatrów. Kilkakrotnie sądzono go o rozpowszechnianie obscenów, jeden nakład sztuki zniszczono. Dlatego w kolejnej wersji jest już nie siedmiolatka, ale dziewczynka dwunastoletnia. Niektóre zmiany są zaskakujące, jak zastąpienie pytania, „czy jesteś dziewicą”, pytaniem „czy masz duszę”. Polskie tłumaczenie przygotowane do spektaklu Michała Borczucha to pierwsza szansa zetknięcia się z oryginałem.

„Wyobrażam sobie, że dziewczyna wchodzi na rękach i zbiera pieniądze rozchylając nogi”- tak dwudziestopięcioletni Frank Wedekind rozmyślał o napisaniu nowej sztuki. „Wyobrażam sobie, że ta dziewczyna to moja córka”. W dzienniku zapisuje: „nie karałbym jej, tylko przyjaźnie zachęcał cienką rózgą, którą przeciągałbym przez podbrzusze. W południe pochłonęła mnie myśl, że gdyby moja córka miała osiemnaście-dziewiętnaście lat chroniłbym ją przed anemią itp. doradzając jej, by od czasu do czasu sprowadzała sobie do pokoju parobka albo służącego. Oczywiście wyposażyłbym ją w prezerwatywę”

„Lulu” to konsekwentna i okrutna baśń o miłości, seksie i śmierci, którą aktorzy odgrywają jakby od niechcenia, balansując między idealizacją i karykaturą, odrażającym pięknem i podniecającą brzydotą. Tytułowa bohaterka, w wieku siedmiu lat zmuszona do prostytucji, niczym trofeum przechodzi z rąk do rąk, coraz bardziej uprzedmiotowiana: traktowana jak dzieło, zwierzę, lalką w końcu preparat medyczny. Jest równocześnie konstruowana jako seksualny fetysz i demontowana jako człowiek. Reżyser obnaża nie tylko fałsz miłosnych zaklęć, ale też żenującą i pokraczną stronę erotyki w każdym jej wymiarze: od sentymentalnych gestów aż po groteskowość zachowań fetyszystycznych.

Cechą charakterystyczną spektaklu jest dystans. Celowo unika realizmu, pogłębionych psychologicznie postaci, nie gra na emocjonalnej nucie. Zamiast tego ubiera bohaterów w groteskowy kostium. Z takiego chłodnego oglądu rodzi się refleksja. Więcej tu pospiesznego szkicu, ciekawości i otwartości na przygodę niż definiowania, moralizowania i dopełniania półtonami. Reżyserskie przyglądanie się menażerii spod ciemnej gwiazdy przypomina wędrówki Wedekinda, który snując się ulicami Monachium, obserwował życie ulicznych prostytutek.